wtorek, 8 grudnia 2015

Dwa spojrzenia na Saint Laurenta



YVES SAINT LAURENT, reż. Jalil Lespert, FRA 2014

Zaskakująco wyprany z kolorów film o twórcy jednych z najbarwniejszych kolekcji w historii mody. Kto spodziewał się soczystej uczty wizualnej, srodze się zawiedzie. Kto liczył na charakterystyczną dla francuskiego kina pogłębioną psychologię postaci, zawiedzie się jeszcze srożej. Dyktator widziany okiem wieloletniego partnera jawi się rozedrgany, chimeryczny, życiowo bezradny i uzależniony od rzeczonego Pierre'a Bergégo jak od respiratora. Producenci zyskali prawo do użycia znaku firmowego, ale nie rekompensuje to dotkliwego braku legendarnych strojów. Wciąż nie możemy wyjść z zadziwienia, że Pierre Niney dostał za rolę tytułową Cezara - nie żałujemy mu, ale chociażby w Mężczyźnie idealnym (Un homme idéal, reż. Yann Gozlan, FRA 2015) miał o wiele więcej do aktorskiej roboty i okazję tę z powodzeniem potrafił wykorzystać.


SAINT LAURENT, reż. Bertrand Bonello, FRA 2014
  
Główną rolę żeńską kreuje w tym obrazie moda, główną męską Gaspard Ulliel (niepodobny do oryginału, ale doskonale się weń wcielający - vide casus Religi i Kota). Pełnokrwiste są tu zarówno stroje, jak i noszące je postaci, głęboko nasycone i kolory, i osobowości. YSL jest niewolniczo oddanym krawiectwu - haute couture i prêt-à-porter - dyktatorem, a główna ta sprzeczność pociąga za sobą pozostałe: artysta i rzemieślnik, nadwrażliwiec i twardziel, romantyk i rozpustnik, koneser sztuki flirtujący z kulturą popularną. W końcu, lecz nie na końcu, homoseksualista, który kochał kobiety i sprawiał, że rozkwitały (co pięknie pokazuje scena przymiarki pani Duzer). To nie koniec atrakcji, na wielbicieli kina czekają jeszcze Dominique Sanda i Helmut Berger, Léa Seydoux, Valeria Bruni Tedeschi, Louis Garrel i Jérémie Renier. Nadzwyczaj intensywny i bombardujący zmysły film, którego twórcom musiał wystarczyć Cezar za najlepsze kostiumy. A podobno Francuzi znają się na kinie...



środa, 4 listopada 2015

A duch Murnaua unosi się nad wodami




 MNICH (Le moine/El monje), reż. Dominik Moll, ESP-FRA 2011

Przyszłoby Brytyjczykom do głowy ekranizować pregotycką powieść Lewisa w tonacji serio? Francuzom przyszło i - wbrew zdrowemu rozsądkowi - nie zakończył się ten eksperyment klapą. Jeśli wyrosło się w tradycji przedstawiania Tartuffe'a jako szczerze wierzącego i odrzuci anglikańskie stereotypy na temat katolików, można spojrzeć na historię Ambrozja jak na Noc zmysłów (tym bardziej, że to Hiszpan). Mimo zupełnie innej tonacji kolorystycznej skojarzenia z Nosferatu wampirem (1979) będą jak najbardziej uprawnione. Skoro zaś Herzog, to i Murnau (Nosferatu - symfonia grozy, 1922), nie może inaczej być.



--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


FAUST, reż. Aleksandr Sokurow, RUS (GER-CZE-ISL) 2011

Zaginiona wersja reżyserska filmu Friedricha Wilhelma Murnaua (1926) - tylko taśmę wirażowaną więcej niż jednym barwnikiem i pasek magnetyczny na jej marginesie znajdujemy. Niech nas nie zwiedzie brak napisów i nazwisko Aleksandra Sokurowa w czołówce!

PS Znajdą się pewnie i tacy, którzy rozpoznają w tym obrazie zapomniane dzieło Andrieja Tarkowskiego.







wtorek, 3 listopada 2015

Gdyby Hitlera nie było...


AMBASSADA, reż. Juliusz Machulski, POL 2013

A teledysk był taki zabawny...

Z uwagi na irytującą prostotę i bolesną przewidywalność podejrzenie, iż reżyser zekranizował jedną z ostatnio sprokurowanych przez się fars, byłoby całkiem zasadne. Zaskakuje jednak finał spełniający sen jaki złoty absolutnie każdego Polaka. 

Czarodziejską różdżką tknięta historia zachowuje ciągłość z wyidealizowaną II Rzeczpospolitą/Rzecząpospolitą, żaden Dolfi czy Soso nie dali nam - Narodowi Wybranemu w końcu! - rady. Faszyzująca prawica dostaje mocarstwo wymarzone przez endecki Instytut Zachodni, kosmopolici europejską stolicę pełną gębą, a socjaliści (szczególnie czujący emocjonalną więź z Bundem) rozkwitłe i artystowskie Nalewki. Zaś bolszewików leguny nie wpuściły do Nieba jeszcze w 1920.

PS Komentarz na YouTubie: „polecam film naj leprzy jaki widziałam”. Kto powiedział, że analfabetka nie może wyrażać opinii?



poniedziałek, 2 listopada 2015

Nóżka nie dryga, bo kamienieje


DISCO POLO, reż. Maciej Bochniak, POL 2015

No i się okazało, że Kościukiewicz - z zawodu aktor - jest lepszym scenarzystą niż własna żona - z zawodu reżyser.

Orgia wyobraźni twórców zdaje się zmierzać ku nieskończoności, a frajda widza - już po odzyskaniu przezeń przytomności - dzielnie za nią nadąża. Kto znał inkryminowany gatunek twórczości narodowej jeno z reportaży w „Polityce” i „Wyborczej”, dozna wprawdzie szoku kulturowego, ale wyborne aktorstwo i rozkoszna żonglerka filmowymi cytatami łacno go zeń wyprowadzą. Kto jest disco polo entuzjastą, nie zakuma konwencji, ale może się wzruszy historią jak z ulubionych piosenek. Kto nie zakuma niczego... Komu zabraknie pogłębionej analizy socjologicznej... Kto...

PS Bogu ducha winnym ludziom wpycha się Kafkę i Hendriksa. A w tym kraju 7 procent ludzi ma wyższe wykształcenie, z tego może co dziesiąty naprawdę konsumował (sic!) Kafkę. Reszta nic nie rozumie, za cholerę. A co można robić przy Hendriksie? Nie tańczyć, tylko dać sobie w żyłę.  /Złote myśli entuzjasty disco polo Pawła Pitery - reżysera m.in. serialu Na kłopoty... Bednarski -  z reportażu Wojciecha Staszewskiego i Mariusza Szczygła „Usta są zawsze gorące”, 1995/



piątek, 9 października 2015

Sophie Marceau musi mieć grzywkę



ANNA KARENINA, reż. Bernard Rose, USA 1997

Ktoś się zapatrzył na klasyczne Hollywood, ale i na Doktora Żywago Davida Leana, bo echa ich wartkich skrótów i epickiego rozmachu pobrzmiewają przez cały film. Wszystko tu jest wbrew Tołstojowi, ale najbardziej hrabia Wroński - dorosły, odpowiedzialny, a nawet szczerze Annę kochający. W interpretacji zabójczo męskiego Seana Beana rozbudza w nas tęsknotę za nieosiągalnym ideałem. Zapłaciliśmy za melodramat kostiumowy, więc go dostajemy, co sprawia nam niemałą frajdę.




środa, 16 września 2015

(Bez tytułu, bo bez inspiracji)



TAJEMNICA WESTERPLATTE, reż. Paweł Chochlew, POL-LTU 2013

Po trzydziestu latach doczekaliśmy się koronnego dowodu potwierdzającego tezę z dzieciństwa, że film bez ani jednej kobiety nie nadaje się do oglądania. To coś w rodzaju teatru TV z większym budżetem, który jednak nie wystarczył na opłacenie operatora. Bardzo ładnie widać trajektorie pocisków, major Sucharski hoduje na tarasie pelargonie w barwach narodowych i pięknie się pieni w ataku padaczki, ale to za mało, by zdyskontować Stanisława Różewicza (Westerplatte, POL 1967). Trudno też rozstrzygnąć, co stanowi tytułową tajemnicę: czy załamanie nerwowe legendarnego dowódcy i patetyczny idiotyzm jego zastępcy, czy że major pisze list do rodziny, maczając wieczne pióro w kałamarzu.

Dla porównania:

poniedziałek, 14 września 2015

Karolak tu, Karolak tam



MIŁOŚĆ NA WYBIEGU, reż. Krzysztof Lang, POL 2009

Jak napisał współscenarzysta tego obrazu recenzując zupełnie inny film, Dorociński robi, co trzeba, i robi to dobrze (tylko zdecydowanie za mało!). Reszta, hm... Nawet historia Kopciuszka powinna mieć niejaki związek z rzeczywistością. No, chyba że uznamy zań smażone flądry.



WOJNA ŻEŃSKO-MĘSKA, reż. Łukasz Palkowski, POL 2011

Z założenia niesmaczny pastisz komedii romantycznych wg parodii literatury kobiecej na tle bełkotu i bredni ostatnich lat wyróżniający się chociaż oryginalnością. Odczytany dosłownie musiał przepaść, więc tym bardziej nikt się nie spodziewał Bogów.

A, no i Karolak z dedykacją dla Izy:


wtorek, 8 września 2015

Oral, anal i banał


PŁYNĄCE WIEŻOWCE, reż. Tomasz Wasilewski, POL 2013

Gdybyśmy byli Manuelą Gretkowską, napisalibyśmy, że zaiste jest to film gejowski, gdyż główny bohater ma do świata stosunek analny. Można oczywiście fantazjować o seksie z umiarkowanie atrakcyjnym chamidłem, skoro się podnieca myślą o pięknym hitlerowcu, ale po co zaraz kręcić o nim film? W głównej roli obsadzając w dodatku delikwenta, który nawet orgazmu udać nie potrafi - bo o grze aktorskiej mowy w tym wypadku być nie może? Nie jest Wasilewski ni Viscontim, ni Pasolinim, na Dolana nawet się nie zanosi, żaden wręcz z niego - po efektach sądząc - scenarzysta i reżyser. W polskim kinie zatem wciąż scena opłakiwania porucznika Wyganowskiego przez Krzysztofa Cedrę w Popiołach pozostaje najlepszą sceną męsko-męską.


środa, 7 stycznia 2015

Dyptyk o wojowniku i tancerce


ZAPAŚNIK (Wrestler), reż. Darren Aronofsky, USA-FRA 2008

Ich świat nie dysponuje językiem, którym mogliby o sobie opowiedzieć; nawet gdy podstarzała striptizerka cytuje Izajasza, myśli, że to słowa Mela Gibsona. Niewiedza pozwala jej na metaforę, którą uznalibyśmy za nieuprawnioną. I otwiera nam oczy. Kto żył w przeświadczeniu - jakże jednak słusznym - że wrestling jest rozrywką uprawianą i oglądaną przez osobników nie do końca sprawnych umysłowo, ten nie mógł pochylić się nad nimi ze współczuciem. Aronofsky pod warstwą głupoty, chciwości, oszustw i kiczu dostrzega bezmiar cierpienia - uwzniośla je, heroizuje i czyni uniwersalnym.

PS A przy okazji - to również opowieść o niewykorzystanej szansie na miłość, więc i na ratunek.



CZARNY ŁABĘDŹ (Black Swan), reż. Darren Aronofsky, USA 2010

Gorąco odradzamy miłośnikom Punktu zwrotnego (The Turning Point, reż. Herbert Ross, USA 1977)! Bez względu na przybieraną akurat minę Nathalie Portman nie zmienia wyrazu twarzy: "Jestem tak śmiertelnie przerażona tym, co się ze mną dzieje, że zaraz się rozpłaczę. I nic z tego wszystkiego nie rozumiem. A w ogóle to, mamo, przepraszam..." Z dużą ulgą przyjmujemy, gdy Vincent Cassel krzyczy, że powinna się przestać mazać - sami byśmy ją jeszcze kopnęli w tyłek.


Na odtrutkę:
 

środa, 17 grudnia 2014

Rewia z plastiku


BURLESKA (Burlesque), reż. Steve Antin, USA 2010

Zastanawiające, że milion operacji plastycznych Cher (dzięki którym coraz bardziej przypomina Morticię Addams) nie przeszkadza nam zupełnie, za to botoksy i sylikony panny Aguilery przyprawiają o ból zębów. Miota się dziewczę z poświęceniem niewystarczającym jednak do przekonania nas, że ten plastik nie tylko jest sierotą z Ohio, ale również umie śpiewać. Nawet najlepszy chirurg nie zapewni inteligentnego wyrazu twarzy, lecz zez wszak łatwo można skorygować?

PS Ziegfeld Girl (Kulisy wielkiej rewii, reż. Robert Z. Leonard, Busby Berkeley, USA 1941) to wprawdzie nie jest - a tym bardziej Ziegfeld Follies (Rewia na Broadwayu, reż. Vincente Minelli i in., USA 1945) - stąd zapewne tylko jedna gwiazda w obsadzie. Zawsze mogło wyjść z tego Showgirls.

PPS Bez Boba Fosse'a tego filmu by, rzecz jasna, nie było. Ale wolimy Boba Fosse'a.


poniedziałek, 8 grudnia 2014

Nuda, panie. Nic się nie dzieje




HOBBIT. NIEZWYKŁA PODRÓŻ (The Hobbit. An Unexpected Journey), reż. Peter Jackson, USA-NZL 2012

Nudna jak flaki z olejem historia wyprawy infantylnej bandy karłów o kretyńskich imionach na smoka nie może wiele stracić na adaptacji. Owszem, zyskuje nawet rozwleczona do trzech części, ale jednak lepiej gdy Martin Freeman gra Rembrandta. Dla niego, dla Agaty Buzek, a przede wszystkim dla nas:



piątek, 5 grudnia 2014

007 znowu nadaje (się), a J-23 wprost przeciwnie


SKYFALL, reż. Sam Mendes, GB-USA 2012

I tak oto ze Stacji Zapomnianych Agentów powróciliśmy do domu. Warto było znieść czyściec Casina Royale (reż. Martin Campbell, GB-USA 2006) i Quantum of Solace (reż. Mark Forster, GB-USA 2008) *), by zobaczyć, jak bondowska saga po pół wieku zatacza krąg do początków. Dostajemy największe bodaj w historii cyklu nagromadzenie wybitnych aktorów na metr bieżący taśmy oraz najulubieńsze wyróżniki bonderów w nowych wariantach. Nawet pannę Moneypenny, której tak dotkliwie było nam brak.

PS Kto wie, może w następnej części dadzą wreszcie zagrać Craigowi czarującego przystojniaka?

*) Ba, twierdziliśmy nawet, że 007 już nigdy nie wróci!



HANS KLOSS. STAWKA WIĘKSZA NIŻ ŚMIERĆ, reż. Patryk Vega, POL 2012

Skoro już się jest tym karłem, co wdrapał się na ramiona olbrzyma, nie należy zaczynać od zepsucia tytułu bijącego na głowę wszystko, co kiedykolwiek wymyślili Ian Fleming i epigoni. I żadne aktorskie wygi nie pomogą, jeśli nic nie dostały do zagrania (widać Pasikowski i Vega nie mieli telefonu do Andrzeja Zbycha). Mogło wyjść cacko, nawet z dziurką. Wyszła dziurka, która wchłonęła inteligencję, wdzięk i autoironię oryginału.

PS Pamiętacie, jak Kloss mawiał z błyskiem w oku: "To świetna dziewczyna"? A pamiętacie te dziewczyny? No to tylko pamięć nam została.

PPS Tak, wiemy że Andrzej Zbych to spółka autorska Andrzeja Szypulskiego i Zbigniewa Safjana. Wiemy też, że obydwaj zmarli w 2011.

Na pocieszenie - śpiewali to też Skaldowie, ale oto wersja samego Stanisława Mikulskiego:


wtorek, 2 grudnia 2014

PORTRETY NIEKONIECZNIE WE WNĘTRZU



SZALONA MIŁOŚĆ (Amour fou), reż. Jessica Hausner, AUT-LUX-GER 2014

Gdyby Edward Hopper był niemieckim malarzem romantycznym... - myślimy, patrząc na ascetycznie harmonijne kadry Martina Gschlachta. A przecież nim był tak samo, jak i siedemnastowiecznym Holendrem. W żywych obrazach zgodnych z gustem epoki opowiada nam się lekko ironicznie (również z tymże gustem) o pragnieniu śmierci pewnego poety (Heinricha von Kleista) i jego platonicznej kochanki (Henriette Vogel). Tyleż w tym ekspozycji, co i przysłonięcia, a młodość durna i chmurna dba o równe ułożenie serwetek. W końcu to germańskie burza i napór.

--> https://www.youtube.com/watch?v=y8F37hJIf70


SIOSTRY I SCHILLER (Die geliebten Schwestern), reż. Dominik Graf, AUT-GER-SUI 2014

Spodziewaliśmy się troszkę Gotyku Kena Russela (GB 1986), a tu kilkunastoletni romans epistolarny nam się dostał, wysnuty z jednego nadpalonego arkusika dotrwałego do naszych czasów. Pióra gęsie biegną po papierze, atrament się rozlewa, pieczęcie w laku odciskają, wicher duje, wodospad huczy, galopują konie z rozwianymi grzywami. Soczysta i solidna biografia uczuć Friedricha Schillera i sióstr von Lengefeld - jak się okazuje, to on był w ich związku tym trzecim. Jednak: Kto kobietę lubą zyskał, niech się włączy w wspólny szał. A co dopiero dwie!



--> https://www.youtube.com/watch?v=RIuz6_ipl6o

czwartek, 16 stycznia 2014

Niektórzy myślą, że to film wszech czasów. I jest ich niepokojąco wielu



AVATAR, reż. James Cameron, USA 2009

Cóż, i tym razem polska kinematografia była pierwsza. Konkretnie Janusz Majewski w 1964.*)

PS Przy pierwszym podejściu zasnęliśmy po kwadransie. A właściwie po pół godzinie, bo oglądaliśmy w przyspieszonym tempie.

PPS Czy po trzydziestu jeden latach pracy twórczej nie powinno się dojrzeć emocjonalnie 
i artystycznie?

PPPS Owszem, skądś znamy te charakterystyczne wielkie oczy, płaskie nosy i spiczaste uszy. 
Z Labiryntu fauna (El laberinto del fauno, reż. Guillermo del Toro, ESP-MEX-USA 2006). I nie tylko.

*) Patrz tu.

A na deser Peter Stults  (z Alternate Universe Movie Poster):


...oraz trochę minimalizmu dzięki Speckyboyowi:



piątek, 25 października 2013

Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie


PORTRET DAMY (The Portrait of a Lady), reż. Jane Campion, USA-GB 1996

Gdyby ten film był kobietą, byłby wcieloną doskonałością od opuszków palców u nóg po cebulki włosowe na czubku głowy. Wszystko tu jest celowe i celne (co nie zawsze bywa jednoznaczne), wychodząc od nieniewolniczej wierności znakomitemu pierwowzorowi literackiemu i opierając się na wyśmienitej obsadzie. Kibicujemy Isabel Archer nawet nie zgadzając się z jej wyborami, bo jest bohaterką pełnokrwistą i cholernie wiarygodną psychologicznie, jak zwykle u Jane Campion zresztą.

PS Czytając starego dobrego Jamesa, znaleźliśmy kilka idealnych dla siebie epitafiów:

W jej duszy szczęście wolności i ból istoty wykluczonej z gromady łączyły się ze sobą nierozerwalnie.

Fama osoby niezwykle oczytanej otaczała ją niby obłok spowijający boginię w poemacie epickim.

Miała wiele różnych teorii i niezwykle żywą wyobraźnię.
  
Ilekroć na sercu ciążyła jej troska, umiała za pomocą mądrze dobranej książki zapomnieć o tym.

Los obdarzył ją bystrzejszym umysłem niż większość ludzi, wśród których przypadło jej się obracać; ogarniała zawsze widnokręgi rzeczywistości i starała się zdobywać wiedzę o rzeczach mało znanych.


FRANCES HA, reż. Noah Baumbach, USA 2012

Dlaczego tak łatwo przychodzi nam uwielbienie dla Grety Gerwig? Bo podobnie jak naszemu ulubionemu allenowskiemu alter ego - znerwicowanemu nowojorskiemu intelektualiście - życie wymyka się jej bohaterce (którą wymyśliła i fantastycznie zagrała) z rąk. Nawet gdy już dociera do Paryża, nie podzieli losów Sabriny, oj nie. Pecha ma jak stąd do wieczności, jej tragedie są komiczne a przypadki zabawne wcale nie takie wesołe, co czyni ją postacią z kości i krwi, naszych kości i krwi. Życie jest zbyt poważne, żeby jeszcze o nim poważnie mówić - pisał nieodżałowany Oscar Wilde, mając w całej rozciągłości rację. A co zgubione, musi się w końcu odnaleźć. 


ŻYCIE ADELI - ROZDZIAŁ 1 I 2 (La Vie d'Adèle - chapitre 1&2 / Blue is the Warmest Color), reż. Abdellatif Kechiche, FRA 2013

Przez trzy godziny projekcji (dystrybutorzy kokietują jak w supermarketach, że 2:59, że 2:57) Adela nawet przez sekundę nie przybiera inteligentnego wyrazu twarzy, w zamian zaś smarka, płacze, jęczy, obślinia (się oraz podmioty odrębne) i rzęzi w dowolnych konfiguracjach. Jej nijakie losy nie obchodzą nas kompletnie, nawet osławione sceny erotyczne (że nigdy jeszcze w kinie seks lesbijski nie został pokazany z taką otwartością, że do tej pory tak odważnego obyczajowo filmu nie nagrodzono Złotą Palmą, że tra-ta-ta, że brekekeks) stają się po trzech minutach własną parodią. Przypomina nam się - z zupełnie innej beczki - absurdalnie wielki statek kosmiczny z ujęcia otwierającego Kosmiczne jaja Mela Brooksa, który się ciągnie i ciągnie, i ciągnie... Właściwie pozostaje tylko być wdzięcznym, że darowano nam rozdziały 3 i 4.

PS Młodzież francuska, jak się okazuje, czyta lektury szkolne z zainteresowaniem, jest wdzięczna nauczycielom za objaśnienia i ochoczo dyskutuje o książkach także w czasie pozalekcyjnym tudzież chadza na demonstracje przeciwko obcinaniu finansów na edukację. Polonistom zalecamy zaopatrzenie się na czas seansu w większą ilość chusteczek.

poniedziałek, 16 września 2013

Była sobie nauczycielka




AGORA, reż. Alejandro Amenábar, ESP 2009

Kiedyś kręcono panoramiczne superprodukcje o okrutnych prześladowaniach chrześcijan - dziś o okrutnych prześladowaniach przez chrześcijan. Wszystkie one opowiadają raczej o powierzchownej wyobraźni swoich twórców i odbiorców. Skoro jednak autor odkrywczego „Otwórz oczy” odwołuje się do nieznośnych stereotypów, musi to robić w określonym celu: fanatyków nowej religii grają Arabowie - żeby świat zachodni, ku którego rozrywce usiłowano odgrzać historię Hypatii, nie miał najmniejszych wątpliwości, kto tu jest naprawdę wredny.

PS Historia mówi, że aleksandryjscy chrześcijanie około 415 roku dokonali samosądu na matematyczce i filozofce ze szkoły neoplatońskiej o imieniu Hypatia, cieszącej się powszechnym szacunkiem u przedstawicieli wszystkich istniejących wówczas wyznań. Dopiero wiek upłynął od Edyktu Mediolańskiego, którym Konstantyn Wielki po niemal trzystu latach zakończył prześladowania i przyznał chrześcijanom prawo do praktyk religijnych na terenach cesarstwa. I pomyśleć, że chrześcijaństwo startowało jako pierwsza religia, która z pogardzanych kobiet i niewolników czyniła ludzi...

PPS Rachel Weisz jest piękna. Ale to za mało.




środa, 4 września 2013

GDYBY PARADŻANOW BYŁ GREKIEM


Meteora (Μετέωρα), reż. Spiros Stathoulopoulos, GRE-GER-FRA 2012

Do Teodora prowadzi niezliczona ilość stopni, do Uranii nie ma żadnej ścieżki poza napowietrzną. Spotykają się pośrodku pejzażu nie zmienionego od siedmiuset nieomal lat. Można zejść w doliny, ale tam już trudniej odnaleźć harmonię świata.

Stathoulopoulos pisze film jak ikonę i wbrew tekstom promocyjnym nie stawia bohaterów przed wyborem między wiarą a miłością - do Boga, który ma nieskończoną ilość aspektów, wiedzie nieskończona ilość dróg.


czwartek, 13 czerwca 2013

Auteuil i Pagnol




JEAN DE FLORETTE & MANON ZE ŹRÓDEŁ (Manon des sources), reż. Claude Berri, FRA 1986

Claude Berri i Gerard Brach ponownie adaptują i koncertowo obsadzają opowieść Marcela Pagnola o wytrwałym Jeanie, haniebnie oszukanym przez mieszkańców wsi, w której się osiedlił z rodziną, oraz o cierpliwej zemście jego córki. W wytrawionym słońcem pejzażu, wśród ogłuszającego śpiewu cykad rozgrywa się historia na miarę tragedii antycznej, chrzęszczą wysuszone trawy, a upał i brak wody (kluczowy dla intrygi) dają się nieomal fizycznie doświadczać widzowi. Pojedynek między Yvesem Montandem a Gérardem Depardieu, rozgrywany po części za pośrednictwem Daniela Auteuila, ostatecznie wygrywa wielkooka Emmanuelle Béart, a filmuje ich Bruno Nuytten.

Dylogia zdobyła w latach '86-'89 w sumie 14 nagród, w tym BAFTA i Césara dla Auteuila w najlepszej roli męskiej oraz Césara dla Béart za najlepszą drugoplanową rolę żeńską. I, jak wciąż można się przekonać naocznie, zasłużenie. 

CÓRKA STUDNIARZA (La fille du puisatier), reż. Daniel Auteuil, FRA 2011

Po latach Auteuil powraca do twórczości Pagnola, debiutując jako scenarzysta i reżyser - a przy tym reżyserując samego siebie - w historii owdowiałego studniarza Pascala, jego sześciu córek i romansu najstarszej z nich. Poniekąd podąża śladem samego Pagnola, który pierwszą wersję Córki studniarza osobiście napisał i zrealizował w 1940. Opowieść jest prosta, klarowna, pełna zrozumienia dla ludzkich słabości oraz wiary w to, że wszystko ostatecznie zmierza do harmonii, choćby wybuchały wojny a samolubne matki nie przekazywały listów od synów. Robota filmowa perfekcyjna, rozkosz odbiorcza przeogromna. Dzieło z klasą, której można pozazdrościć. I cholernie krzepiące.

PS Obecnie Auteuil znów jako scenarzysta, reżyser i aktor w jednym, pracuje nad kolejną adaptacją Pagnola (który i te swe dzieła zdążył zekranizować) - premiera dwóch pierwszych części TRYLOGII MARSYLSKIEJ już na jesieni! Nie wiemy, czy w Polsce...

PPS Przygarść plakatów i okładek do dylogii: