Pokazywanie postów oznaczonych etykietą musical. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą musical. Pokaż wszystkie posty
piątek, 20 kwietnia 2012
Życie zaczyna się po pięćdziesiątce
MAMMA MIA!, reż. Phyllida Lloyd, GB-USA 2008
Kto z zaciśniętymi zębami przetrzyma szczebioty, piski i kwiki smarkatej, która namotała intrygę, ten zostanie nagrodzony resztą obsady 50+. Parafrazując Djunę Barnes: Nie wystarczy nie umieć śpiewać, trzeba jeszcze wiedzieć jak!
piątek, 2 lipca 2010
WYJŚCIE Z MROKU. Między Odlotem a Hair Miloša Formana - cz.I

Wypowiadaj swą prawdę jasno i spokojnie i
wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają
swoją opowieść.
Max Ehrmann(1)
Good Morning Starshine
Amerykanie chcieli, dzięki europejskim sukcesom jego gorzkich i bezlitosnych komedii obyczajowych, aby Miloš Forman dla nich pracował. Otrzymał zatem kilka kuszących propozycji, z których nie skorzystał aż do 1968 roku. We wszystkich opracowaniach dotyczących czeskiego reżysera tę właśnie datę przybycia do Nowego Jorku podaje się jako wiążącą, lecz przyjazd w charakterze emigranta to nie pierwsza jego wizyta w Nowym Świecie. „Byłem obecny na pierwszym publicznym przedstawieniu Hair na Broadwayu jesienią 1967 roku. Poszedłem za kulisy i poprosiłem aktorów, aby mi dali nuty i tekst. Zabrałem to wszystko do Pragi z myślą o wystawieniu, ale nie udało mi się zainteresować żadnego teatru. Potem zamierzałem zrobić Hair jako swój pierwszy amerykański film”(2) – wspomina Forman. I jest to wspomnienie tyleż piękne, co nie do końca ścisłe, zainspirowało zaś scenarzystów przy tworzeniu wersji ekranowej. Przedstawienie pomyślane było jako dziejące się w bezczasowym teraz, aktualne, póki trwało zaangażowanie USA w wojnę wietnamską, czyli – o czym autorzy wiedzieć nie mogli – przez najbliższe cztery lata. Ukonkretniona akcja filmu natomiast obejmuje trzy jesienne dni 1967, kolejne trzy dni na początku 1968 i kończy na wojskowym cmentarzu Arlington ponad rok później. Zatem ekranowi bohaterowie tańczący i śpiewający w Central Parku niejako powtarzają nieświadomie słowa piosenek z najnowszego nowojorskiego przedstawienia, a przygoda kinowego widza rozpoczyna się w momencie, gdy czeski reżyser usłyszał je po raz pierwszy. Znana jest nie tylko data śmierci George’a Bergera, którą odczytać można na jednej z tysięcy ustawionych w idealnie równych, ciągnących się po horyzont, rzędach nagrobnych płyt: 6 kwietnia 1968, ale także dzień wieńczący akcję filmu, najprawdopodobniej 9 maja 1969 roku. Miała wtedy miejsce pierwsza z wielkich demonstracji pokojowych pod Białym Domem, kiedy to najodważniejsi spośród ponad 60 000 barwnych protestujących wtykali kwiaty w lufy broni Gwardii Narodowej, zajmującej się wówczas głównie krwawym pacyfikowaniem zrewoltowanych uniwersytetów. „Ameryka sieje śmierć nie tylko wśród innych narodów, lecz również w swoim własnym kraju.”(3)
Te dwa lata to okres największego ożywienia wszelkich środowisk pacyfistycznych, sprzeciwiających się niemoralnej – jak ją sami nie bez słuszności nazywali – bezprawnej, bratobójczej wojnie rządu USA przeciwko ludowi Wietnamu, walczącemu o samostanowienie. Jest to także czas aktywizacji młodego pokolenia Indian, którzy posunęli się nawet do okupacji wyspy Alcatraz, odmawiając służby wojskowej i żądając oficjalnego zwolnienia z tego obowiązku – po czterech miesiącach zostali usunięci siłą. Pamiętać też należy o nasileniu się działalności, nie tylko pokojowej, organizacji murzyńskich, walczących o zniesienie nierówności rasowych. Młodzież, głownie ze środowisk akademickich, nierzadko wspierana przez wykładowców, sprzeciwiała się agresji i dyskryminacji w ogóle, czyli opowiadała się przeciw posługującemu się nimi jako głównymi środkami nacisku Systemowi. „Nadszedł moment, w którym sposób, w jaki toczy się maszyna społeczna, stał się tak odrażający, że napawa nas wstrętem.” – deklarował z młodzieńczą egzaltacją, lecz szczerze, jeden z aktywistów – „Nie można już dalej uczestniczyć, a tym samym nie można milczeć. Trzeba rzucić swoje ciała w tryby, koła, dźwignie systemu, który musi być unieruchomiony. I trzeba czuć się zobowiązanym, by powiedzieć wprowadzającym w ruch maszynę, wszystkim tym, którzy sądzą, że są jej posiadaczami, iż gdy nie zatrzymają biegu dobrowolnie, będziemy śmiało przeszkadzać w jej funkcjonowaniu.”(4) Na uniwersyteckich kampusach pojawiły się, obok portretów chociażby Che Guevary, zdjęcia Henry Davida Thoreau, autora Obywatelskiego nieposłuszeństwa, który ponad sto lat wcześniej głosił poglądy zbieżne z punktem widzenia kontestatorów. „[...] nadchodzi pora – pisał w 1849 – aby uczciwy człowiek burzył się i wywoływał rewolucję. A przedsięwzięcie to wydaje się tym bardziej palące, że kraj w ten sposób podbity [chodzi o wojnę z Meksykiem – przyp. B.M.] nie jest naszym własnym krajem, mimo że nasza jest przecież okupująca go armia.”(5) Tekst ten zachował aktualność do dziś, i zapewne nigdy się nie zestarzeje, co bezapelacyjnie świadczy o niezmienności polityki amerykańskiego rządu oraz trwałości Systemu.
Rozpoczął się okres odwetu aparatu władzy. Wbrew woli znacznej części społeczeństwa USA zdecydowały się na zbrojną interwencję w Kambodży (nieoficjalnie również w Laosie), w ośrodkach uniwersyteckich starcia z siłami porządkowymi nierzadko przynosiły ofiary śmiertelne – najgłośniejszą była „bitwa o park” w Berkeley. Pokolenie wstępujące kwestionowało właściwie wszystko: kulturę, politykę, organizację społeczną, normy etyczne, skonwencjonalizowane formy życia codziennego, wzorce zachowań. Nie można jednak skwitować ówczesnego powszechnego fermentu (kontestacyjny światopogląd tworzy się anonimowo i zbiorowo) stwierdzeniem, że osiąganie dóbr konsumpcyjnych obraca się przeciwko człowiekowi. Wszechogarniające zwątpienie w słuszność porządku otaczającego świata miało swe źródła w dojmującym poczuciu nieuczciwości owego uporządkowania. „[...] nasze społeczeństwo ze swym dogmatyzmem, jednostronnym podejściem do wszystkich zjawisk, z jego dominującą fałszywą świadomością, z coraz szerszą luką między faktami i retoryką sprzyja temu, że w pewnej chwili luka wiarygodności powiększa się ponad miarę i powoduje wówczas katastrofalne skutki dla świadomości młodego człowieka.”(6) Zaangażowanie gospodarcze rządu Stanów Zjednoczonych w Indochinach było minimalne, przyczyny zwiększenia przez prezydenta Lyndona B. Johnsona początkowej liczby 900 doradców wojskowych w Wietnamie Pd. (1960) do 21 000 żołnierzy w 1964, a następnie – mimo nawet tak drastycznych form protestu, jak samospalenie się trzech Amerykanów w listopadzie 1965 – do 536 100 w 1968, nie miały więc natury ekonomicznej. W dobie zimnowojennego wydzierania sobie przez USA i Związek Radziecki stref wpływów nie można było w imię demokracji dopuścić do opanowania przez komunistów całej Południowo-Wschodniej Azji. Zabijanie na obcej ziemi stało się patriotycznym obowiązkiem i wyznacznikiem porządności obywatela. „Okazało się, że nie jestem dostatecznie moralny, aby wstąpić do wojska i móc palić kobiety, dzieci, domy i wioski w Wietnamie.” – podsumowuje Arlo Guithrie w Restauracji Alicji (1970, reż. Arthur Penn) gdy, jako nieodrodny syn swojego ojca Woody’ego, folkowego śpiewaka i trampa, odmawia służby wojskowej. „Tak, jestem śmieszny, żałosny. Bo nie chcę tam jechać, żeby mordować kobiety i strzelać do dzieci.” – krzyczy Berger w formanowskim Hair (1979), usiłując nakłonić Claude’a do dezercji. Socjolożce Margaret Mead serce przestaje bić na chwilę, gdy uświadamia sobie i swoim czytelnikom, że „w wojnie tej w ciągu jednego dnia więcej dzieci ulega poparzeniu napalmem, niż [...] szpital może uratować w ciągu roku”(7). Palenie w czasie demonstracji egzemplarzy amerykańskiej konstytucji staje się widomym znakiem tego, co politycy uczynili z nią już dawno. „...dla tych, którzy ujrzeli prawdziwe możliwości życia, którzy doświadczyli wyzwolenia i miłości, którzy widzieli ziemię obiecaną, dla nich perspektywa ponurej posady w korporacji, życie na farmie hodowlanej czy żałosna śmierć na wojnie są zupełnie nie do przyjęcia. [...] Dla nich rozbieżność miedzy tym, co mogłoby być, a tym, co jest, stała się przytłaczająca; jest to chyba najważniejszy fakt w ich życiu. Wizja Ameryki, kraju piękna i obfitości, kraju ludzi wolnych została zdradzona.”(8)
(1) Max Ehrmann, Desiderata, przeł. Andrzej Jakubowicz, [w:] Marian Sworzeń, Desiderata. Dzieje utworu, który stał się legendą, Poznań 2004, s. 10.
(2) Krystyna Michalska, Bohdan Michalski, Nowe Hollywood. Rozmowy o sztuce i rzemiośle filmowym, Warszawa 1987, s. 34.
(3) Charles A. Reich, Zieleni się Ameryka, przeł. Daniel Passent, Warszawa 1976, s. 21.
(4) Mario Savio, cyt. za: Aldona Jawłowska, Drogi kontrkultury, Warszawa 1975, s. 61.
(5) Henry David Thoreau, Obywatelskie nieposłuszeństwo, [w:] Życie bez zasad. Eseje, przeł. Hanna Cieplińska, Warszawa 1983, s. 203.
(6) Charles A. Reich, op. cit., s. 245.
(7) Margaret Mead, Kultura i tożsamość. Studium dystansu pokoleniowego, przeł. Jacek Hołówka, Warszawa 1978, s. 13.
(8) Charles A. Reich, op. cit., s. 244.
Etykiety:
1968,
Forman,
Hair,
kontestacja,
musical,
wojna wietnamska
czwartek, 24 czerwca 2010
BEZPOWROTNIE UTRACONA BEZTROSKA

...Bo zamiast płakać i szaty drzeć,
lepiej tra-la-la zanucić.
Musical jest najbardziej skonwencjonalizowanym i najściślej, obok westernu, związanym z klasycznym kinem hollywoodzkim gatunkiem filmowym. Podobnie jak jego praprababka opera ma swoich zagorzałych wielbicieli i zajadłych przeciwników. Tym drugim nie pomogą nawet trzy poziomy oswajania dzieła wyznaczone przez Tzvetana Todorova – i nie mam tu na myśli ich braku kompetencji odbiorczych, sprawiającego, że tekst pozostaje martwy, a dzieło nieczytelne, tylko najzwyklejszy ośli upór. „Nie lubię tego i już!” – powie taki adwersarz, tupiąc nogą – „To idiotyczne, kiczowate i w ogóle bez sensu!” Niech więc, uprzedzam lojalnie, nie czyta ciągu dalszego moich refleksji, a raczej schroni się w wyniosłych murach wiedzy o swojej wartości i tam pogardliwie fuka do woli. Zamierzam się bowiem zająć musicalem w kontekście shakespeare’owskim (to stąd – no właśnie, skąd? – ten kryptocytat w poprzednim zdaniu), Shakespearem w kontekście musicalu, tymże podkasanym gatunkiem z perspektywy etyczno-historycznej... itd. Stracone zachody miłości w brawurowej reżyserii Kennetha Branagha przytłoczyły mnie wręcz taką masą skojarzeń i odniesień rozmaitej natury, że zaczynam się poważnie zastanawiać, czy, jak na twór postmodernistyczny przystało, tekst mój nie wymknie się spod kontroli autorki, pączkując w rozmaitych kierunkach i przygniatając dla odmiany czytelnika. Cóż, jak to napisał Will ze Stradfordu w innej swojej komedii, Niech co chce, będzie, koniec dzieło wieńczy.
Autentyczne korzenie tej historii sięgają roku 1578, kiedy to spokój dworskiego azylu dla filozofów Henryka z Nawarry w Merac naruszony został przez poselstwo pięknych dam pod wodzą Małgorzaty Walezjuszki i Katarzyny Medycejskiej. Podobieństwo osób i zdarzeń do występujących w powstałej ponad dekadę później (spór o dokładną datę trwa) komedii jest jednak wyłącznie przypadkowe. Uważana za jedną z najwcześniejszych i stosunkowo najsłabszych sztuk Shakespeare’a grywana bywa nieczęsto, a zawiera w sobie tyleż samo punktów wadliwych, co wręcz znakomitych. Pomysł wyjściowy, znany nam skądinąd jako śluby panieńsko-ułańskie, stanowi pretekst dla komizmu sytuacyjnego, gier słownych, kalamburów i skeczy, które wyjęte z kontekstu śmiało można by przedstawić w wodewilu. Mniemam, że pod względem domyślności widz współczesny nie różni się zbytnio od elżbietańskiego, nie będzie więc zaskoczeniem fakt, że młody król Nawarry i jego trzej przyjaciele porzucą księgi, gdy tylko na horyzoncie pojawią się panny o niebo od studiów atrakcyjniejsze. Epidemia miłości, czy też dworsko-plebejskich o niej wyobrażeń, ogarnie większość bohaterów płci brzydkiej, gdyż: Panią czy prostą dziewkę – kogoś trzeba kochać, rozsądek zaś zachowają jedynie damy. Powaga, z jaką podchodzą one do spraw uczuć, nie przeszkodzi im jednakże zakpić ze starających się, którzy w stanie zakochania zrobią z siebie koncertowych idiotów. Obowiązkowo, miast rzucić się do kolan niewieścich, rzucą się pisać sonety, który to obyczaj Shakespeare, sam autor 164, bezlitośnie wyszydza, także w Wiele hałasu o nic, a nawet w Hamlecie. Zamiast poczwórnego ślubu w finale następuje poczwórne rozstanie przy słowach: Ruszajmy: wy w te stronę, my w przeciwną.
Jak słusznie zauważa jeden z towarzyszy księcia, Berowne, nie takie były niegdyś epilogi, zaś Branagh, odtwórca jego roli na ekranie, podpisuje się pod tym stwierdzeniem z ochotą. Postać Berowne’a jest zapowiedzią postaci Benedicka – jak widać, najlepszy obecnie specjalista od Shakespeare'a na ekranie wcielił się w tych zdystansowanych kpiarzy w kolejności odwrotnej, niż powołani zostali do istnienia na scenicznych deskach – podobnie jak jego partnerka Rosalina (Natasha McElhoe), inteligentna i o ciętym języku, jest wstępną wersją Rozalindy z Jak wam się podoba i benedickowej Beatrice. Aby jednak zmienić zakończenie, nie tracąc przy tym nic z radosnego i refleksyjnego zarazem ducha oryginału, trzeba było nie tylko dokonać cięć radykalnych, będących, być może, odreagowaniem poprzedniej, czterogodzinnej wersji Hamleta, ale także przepuścić szesnastowieczną komedię przez filtr musicalu z lat trzydziestych-czterdziestych i uzupełnić sfalsyfikowanymi kronikami filmowymi. W efekcie powstało dynamiczne widowisko, które bynajmniej nie trąci myszką, zapewne dlatego, że myszka owa puszcza do widza ogromne perskie oko. Mamy oto dyskretny i wyważony pastisz w stylu nostalgicznym, z wykorzystaniem wszystkich stosowanych w tym gatunku do 1939 roku chwytów z baletem w basenie włącznie. Aktorzy, podobnie jak u Allena i Luhrmanna, tańczą i śpiewają, jak umieją, a umieją nadspodziewanie wiele, ku radości miłośników, ale także tych niespecjalnie zaangażowanych. Jest wszystko, co być powinno, jeśli chodzi o entourage, od srebrnych pantofelków począwszy, na łodziach z lampionami i rowerze skończywszy. Miłość - bo tu również wszyscy mówią: kocham cię – rozkwita, zakochani mnożą się (choć nie w sensie potomstwa) jak króliki na wiosnę i nawet bakałarz Holofernes przechrzczony został na bakalarkę w todze i birecie, oczkującą za pastorem Nathanielem i pląsającą z nim po cudnie ręką scenografa oddanym łonie natury. Dzięki czarno-białym przerywnikom pseudodokumentalnym wiemy jednak, że zło czai się tuż za progiem i wybuch drugiej wojny światowej sprawi, iż bohaterowie, którzy wśród łez i wzajemnych obietnic żegnali się na lotnisku (znamy to, znamy...), nie zobaczą się za rok, lecz za lat sześć, o czym upewnia nas Branagh/Berowne, w migawkowych ujęciach dopowiadając ciąg dalszy.
Teodor Adorno pytał, jak możliwa jest muzyka po Oświęcimiu, ten sam problem gnębił Różewicza w dziedzinie poezji. Borowskiemu niemożliwym się wydawał wiersz ze słowami „księżyc świeci”. Wojna bezlitośnie zmieniła skórę świata, odarła do końca sztukę z jej elitarności, intelektualizmu i dystansu, a rozrywkę popularną z jej naiwności i beztroski. Widownia amerykańska odrzuciła w 1946 roku It’s a Wonderful Life Franka Capry, bo anioł nie mógł zstąpić na ziemię pokreśloną drutami obozów koncentracyjnych. Oczywiście kino nigdy nie było niewinne, będąc ze swojej natury aparatem ideologicznym, a jednak miało w sobie wdzięk, optymizm, elegancję i ciepło. A może tylko tak nam się wydaje. Branagh stworzył podzwonne nie jedynie dla gatunku filmowego w jego szczególnym okresie, rozbrzmiewającym stepowaniem Ginger i Freda do taktu muzyki Cole’a Portera, Irvinga Berlina i samego George’a Gershwina. To epitafium dla całego bezpowrotnie utraconego świata, który nie znał grozy utajonej w ludzkiej ambicji, a może tylko udawał. Świata łagodnego i beztroskiego, świata na wskroś nostalgicznego. A oni, mieszkańcy tego świata, poszli na wojnę, drżeli o najbliższych, doświadczali śmierci, cierpienia i bólu. Ponieważ to kino, wszystkich uratowała miłość, która okazała się być nie dworską, lecz prawdziwą. Uratowały żołnierzy oczy tęskniących, wyczekujących kobiet, które Berowne czci - jak Andrè Le Chapelain w XII w., jak tylu przed nim i po nim - jako źródło nauki i harmonii, jako ducha ożywiającego świat.
Stąd śmiech przez łzy towarzyszy ostatnim kadrom filmu, w których bohaterowie padają sobie w objęcia, jak na przyzwoity musical przystało. Rzeczywistość kinowa nie jest prawdziwą, ale to półtoragodzinne oszustwo dokonało się wszak za moją wiedzą i zgodą, nikt więc nie został okłamany ani skrzywdzony. I znów te same, stare, banalne prawdy, dzięki dystansowi, z jednej strony ironicznemu, a z drugiej pełnemu ciepła i sympatii, przestają być banalne. Jako widz musiałam uruchomić wszystkie moje zdolności percepcyjne na kilku poziomach odbioru i w paru układach odniesienia. A jako dziewczę zdradzające pewne cechy wspólne z romantyczną gęsią... Cóż, furda wszystkie przyjemności intelektualne, kiedy Kenneth z ekranu pyta: Czy nie tańczyłem raz z panią w Brabancie?
Stracone zachody miłości (Love’s Labour's Lost), reż. Kenneth Branagh, F/GB/C 2000
Subskrybuj:
Posty (Atom)
